Wpisy
Mamy już siedem cudów świata starożytnego, ale dla wielu ludzi stają się one „niemodne”, czy wręcz „nudne”. Może powinniśmy w takim wypadku stworzyć listę siedmiu cudów świata nowożytnego? I wcale nie mówię tu o budynkach, czy dziełach sztuki. Brzmi ciekawie? To zabieram się do pracy. Jednak żeby utrzymać was, drodzy czytelnicy, w niepewności, zacznę od miejsca ostatniego i będę stopniowo piął się ku górze.
7. Na miejscu ostatnim uplasowała się architektura. Tym samym odrobinę zaprzeczyłem samemu sobie, ale nie mogłem się powstrzymać. Obecnie gdy buduje się jakiś budynek musi on wyglądać najbardziej futurystycznie i ekstra ordynarnie jak się tylko da. Nie zawsze wychodzi to ładnie (weźmy na przykład dom zbudowany wyłącznie z szyb), albo praktycznie (na tym samym przykładzie: Zero prywatności, a poza tym, kto to będzie mył?). Czasem jednak, muszę to przyznać, architekt staje na wysokości zadania i otrzymujemy budynek, który nie tylko ładnie wygląda, ale też spełnia swoje zadanie w 120%. Podobają mi się niekonwencjonalne kształty nowoczesnych budynków: spirale, fale, załamania, które trzymają się w miejscu, zdawałoby się na przekór prawom fizyki. Również gdyby nie architektura, mieszkałbym zapewne w drewnianej lub glinianej, jednopokojowej chatce, razem z trójpokoleniową rodziną. Dlatego architektura zasłużyła na miejsce 7. I wcale nie jest to miejsce złe, w końcu jest to zbiór takich nowożytnych „Siedmiu Wspaniałych”.
6. Transport. Każdy jakoś cię przemieszcza. Czy to samochód, czy samolot, statek, pociąg, rower, wrotki… Można by wymieniać w nieskończoność, bo zawsze znajdzie się jakaś możliwość transportu (od czego w końcu są nogi?). W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat transport zrobił ogromny skok do przodu. Możemy przemieszczać się szybciej, taniej i wygodniej. Wiadomo że lepiej polecieć samolotem przez ocean w ciągu kilku godzin, niż płynąć statkiem przez wiele tygodni czy miesięcy.
5. Muzyka. Mówią że muzyka łagodzi obyczaje. Czasem to prawda, czasem nie. Nie można zaprzeczyć że w dzisiejszej muzyce często pojawiają się motywy, które nie zawsze powinny się tam znaleźć, albo jest ich stanowczo za dużo. Ale pomińmy to, o czym jest piosenka. Każdy z nas ma przecież swój ulubiony zespół, czy chociażby jeden utwór. I właśnie to sprawia, że łatwiej nawiązać z kimś kontakt sprowadzając rozmowę na tory muzyki, niż dajmy na to, rozprawiając o gryzoniach, czy o Muzeum Wsi Lubelskiej.
4. Środki masowego przekazu. Codziennie mamy z nimi kontakt (no, może pustelnicy nie). Czy to Internet, radio, telewizja, gazety; wszędzie znajdziemy informacje z drugiego końca świata. W szybkości przoduje Internet, który ja również preferuję, bo już w kilka minut po jakimś wydarzeniu można o nim przeczytać. Ale świat Mass Mediów ma też swoją mroczną stronę. Media mają ten przywilej, że mogą naginać fakty jak tylko im się podoba. W dwóch różnych faktach jedno wydarzenie zostanie pokazane z dwóch różnych stron. To wymaga od nas odrobiny dystansu do tego co słyszymy albo widzimy i przesiewania rzetelnych informacji.
3. Medycyna. Obecnie medycynę przyrównuję do mężczyznę w sile wieku (chociaż u nas jest jak dziecko, które dopiero uczy się chodzić). Jest już rozwinięty, ma mnóstwo pomysłów, a co najważniejsze ma doświadczenie i umie z niego korzystać. Dawniej, gdy bolał ząb, nie szło się do dentysty (bo nie było takiej profesji), tylko do kowala który wyrywał bolący ząb. Narzekam więc tylko na kolejki do lekarza i długie oczekiwanie na zabieg, bo wolę pocierpieć chwile na fotelu dentystycznym i mieć ładną plombę, niż w wieku 30 lat mieć tylko 2 zęby.
2. Technika. Gdyby nie technika ani architektura, ani transport, ani środki masowego przekazu nie byłyby na takim poziomie na jakim są teraz. Technika pomaga nam tworzyć nowe technologie, niezbędne do rozwoju wszystkich dziedzin nauki. Gdyby nie technika, pisałbym (jeżeli nie przekazywał ustnie) ten felieton na glinianych tabliczkach pokrytych woskiem.
1. Miejsce pierwsze może być dla wielu z was zaskoczeniem, ale z całą pewnością nie jest to wybór zły. Zaszczytu bycia największym cudem świata nowożytnego dostąpił… Człowiek! Dlaczego człowiek? Dlaczego nie pies, nie wiewiórka, nawet nie świnia, tylko człowiek? Otóż dlatego, że bez człowieka nie byłoby tego wszystkiego. Bez człowieka nie czytalibyście teraz tego felietonu (po pierwsze nie miałby go kto napisać, po drugie nie byłoby was), bez niego nie miałby kto zrobić tego co znajduje się na liście. To przecież istota ludzka miała na tyle szczęścia/rozumu/umiejętności żeby najpierw zejść z drzewa, a potem tworzyć to wszystko, co sprawia, że życie jest łatwiejsze. Dochodząc od zera do stanu obecnego z całą pewnością zasłużyła na miejsce pierwsze na tej liście .
To, że mieszkam w niewielkim mieście ma swoje plusy i minusy. W ostatnie wakacje do listy plusów dopisałem jeszcze jeden. Jaki? A taki, że nie mamy wielu autobusów MPK. Dlaczego? Nie dlatego, że ich nie lubię. Nie dlatego, że kierowcy często są chamscy. Transport zbiorowy ma wiele zalet, ale od czasu kiedy telefony komórkowe zostały wyposażone w odtwarzacze mp3 i głośniki, młodzież (nie wszyscy, przynajmniej część) nabrała pewnego irytującego zwyczaju (jeszcze chwila wprowadzenia i dowiecie się co to jest). A więc, jechałem w wakacje autobusem przez Lublin (autobus linii 26 przejeżdżający przez różne blokowiska, godzina około 21). Do autobusu wsiada jakiś gość. Z wyglądu w miarę normalny chłopak z osiedla. Jednak po chwili obudził we mnie żądzę mordu (a wierzcie lub nie, nie zdarza mi się to często). Co zrobił? Puścił piosenkę (jakis hip-hop, czy rap, czy coś w tym stylu) na pełny regulator przez głośnik w telefonie. Słucham różnych gatunków muzyki (chociaż inni mogą twierdzić inaczej, bo niektórych słucham bardziej) i toleruję, to, że ktoś słucha czegoś innego niz ja. Rozumiem puścić piosenkę przez słuchawki, dla siebie, ale nie na pełny regulator, kiedy nie dość że z głośnika wydobywa się niezrozumiały bełkot, to jeszcze słychać go na cały autobus. No, ale cóż mogłem zrobić? Założyłem słuchawki i starałem się ignorować dźwięki dochodzące od siedzenia po drugiej stronie autobusu. Następnego dnia to samo (tyle że autobus innej linii i tym razem dziewczyny). Przez 2 tygodnie pobytu w Lublinie praktycznie codziennie dobywałem 3 - 4 kursy w MPK i w każdym znalazła się młoda osoba słuchająca muzyki przez głośnik w telefonie. Mogę się założyć, że gdybym został tam dłużej, to poznałbym całą dyskografię Ryszarda Peji, Firmy, Lady Ga-Gi i im podobnych. Może zobrazuję to wszystko zasłyszaną historią. W autobusie siedzi metal. Chłop wielki, ze 2 metry wzrostu i pewnie nie mniej w barach. Na jednym z przystanków wsiadają dwie dziewczyny w różowych ciuchach a z telefonów wydobywa się słodka muzyczka. Siadają za metalem. Po krótkiej chwili odwraca się do nich (muzyka cały czas leci, a one głupawo się śmieją) i pyta się czy nie zechciały by wyłączyć. One na to,że: "Jak się nie podoba, to niech nie słucha". Kilka przystanków dalej facet wstał i przechodząc obok dziewczyn puścił głośnego bąka, którego było słychac na cały autobus. One oczywiście wyskakują z pretensjami, a on, ze stoickim spokojem mówi: " Jak się nie podoba to niech nie wąchają". Dobrze że w Kraśniku rzadko spotyka się takie coś, ale naprawdę współczuję tym, którzy muszą znosić to codziennie. Może i jestem staroświecki, ale nie zaszkodzi pomyśleć czasem czy przypadkiem to, co robię, komuś nie przeszkadza?
Ojj.. Jak ja dawno tu nie zaglądałem. No, ale brak weny zdarza się każdemu, a nie będę pisał o niczym. W każdym razie witajcie i jedziemy z tym koksem.
Podróże. Każdy podróżuje. Dalej, lub bliżej. Dawniej daleka podróż równała się bardzo długim przygotowaniom. Teraz kupujemy bilet, nie pakujemy praktycznie niczego (przecież wszystko da się znaleźć na miejscu) i jedziemy. Jeszcze nie tak dawno temu, wśród nowobogackich (nie mówię o szarym obywatelu takim jak ja, dla którego nawet wyjazd do Lublina to już niezła wyprawa) egzotycznymi miejscami były Grecja, Włochy, czy Hiszpania. Potem świat zrobił się mniejszy i zaczęli wyjeżdżać na jakieś egzotyczne wysepki (Hawaje itp.). Ale teraz nawet to im nie wystarcza i miesięczna wyprawa wgłąb dżungli Amazońskiej na polowanie na panterę- olbrzyma jest nudne i niemodne. Niebawem nastanie era wycieczek szkolnych na stacje orbitalne w celu przeprowadzenia lekcjii geografii(tak, tak, wiem, fantazjuję). Ale zostawmy kwestię gdzie się podróżuje, tylko po co? Dawniej (hmm... Co ja tak z tym "dawniej"? To chyba już moje takie skrzywienie. A może mam jakiś sentyment do "dawniej", którego nie pamiętam, ale wydaje mie się ciekawe?) jechało się gdzieś, żeby się czegoś nauczyć, coś zobaczyć, nabyć jakieś umiejętności, czy po prostu odpocząć. Teraz założę się, że 3/4 ludzi wydaje grube pieniądze na bilety, hotele, jedzenie i inne takie, żeby potem widzieć zazdrosne miny znajomych, gdy pokazujesz im zdjęcie z tobą wznoszącym triumfalnie... kufel piwa i eksponującym swój potężny mięsień piwny na plaży na jakiejś nieznanej wysepce. Równie dobrze może użyć Photoshopa, wyjdzie taniej. Obecnie wszędzie gdzie są turyści z jakiegoś kraju, jest jedzenie i napoje z ich ojczyzny. Na przykład Anglik wyjeżdża do Rio. Przyjeżdża do hotelu i w restauracji zamawia jajka na bekonie i guinessa, zamiast spróbować owoców morza i jakiegoś innego miejscowego specjału. Skoro wyjeżdżamy, żeby robić dokładnie to samo, co przed wyjazdem i nic nie zyskać, oprócz zazdrości znajomych, to rodzi się pytanie: Po co Wyjeżdżać?
Ostatnio bardzo się nudziłem i mimo, że praktycznie nie oglądam telewizji, włączyłem odbiornik. Mam tylko 5 kanałów(w tym jeden śnieży), a była to godzina 19, więc nie było nic interesującego. Byłem tak znudzony, że postanowiłem obejrzeć dziennik. Zobaczyłem jeden, przełączyłem na drugi, do 20 zdążyłem obejrzeć 3 serwisy informacyjne, w związku z czym doszedłem do poewnej smutnej konkluzji. A mianowicie uświadomiłem sobie, że te same informacje podane w różnych dziennikach "znaja się tylko z widzenia, a jedno o drugim nic nie wie". Podobno dziennikarze mają być bezstronni, ale już na pierwszy rzut oka(a zwłaszcza podczas kampani wyborczej) widać różnicę między informacjami w telewizji publicznej, a stacjach prywatnych. Te drugie są bardziej bezstronne od tych pierwszych, w których widać silne przywiązanie od strony rządzącej. Jedynym plusem telewizji publicznej jest to, że w trakcie filmu nie ma półgodzinnych przerw na reklamy( podczas jednego z takich bloków udało mi sie odkurzyć 5 pokoi, oraz zrobić sobie herbatę). Na przykład, gdy w TVN-ie zobaczyłem napis "tylko jedna reklama" bardzo się ucieszyłem i pomyślałem "No! Wreszczie robią coś dobrze". Przestało mnie to śmieszyć po 15 minutach. Wspomnę jeszcze o poziomie pokazywanych filmów. Zwylke dobre kino można zobaczyć grubo po północy, kiedy każdy szanujący się obywatel od dawna smacznie śpi. Wcześniej, tj. 20 - 22, możemy obejrzeć, seriale(nie wszystkie są złe, ale większośćjest po prostu nudna), lub tandetne, niskobudżetowe, płytkie filmy. Ale nie zawsze, kiedyś na przykład, o 21 Polsat pokazał film o Rubinie "Huraganie" Carterze). Ale pomimo tych( i wielu innych) wad, telewizja jest, zaraz po internecie, najpopularniejszym "zabijaczem czasu" dostępnym dla większości z nas. Ja osobiście większość informacji czerpię z internetu, ale lubię czasem z kubkiem gorącej herbaty siąść przed telewizorem i włączyć sobie jakiś film na DVD(bo w programie telewizja i tak prawdopodobnie nie da nic interesującego).
W zeszłym tygodniu do mojego ojca zadzwonił znajomy zaniepokojony tym, że jego podatek wyniósł nieco więcej, niż się spodziewał. Następnie zadzwonił do mnie kuzyn zamartwiający się, do jakiej szkoły powinien wysłać syna. W tym samym czasie, w Anglii Arcybiskup Canterbury, chodząc tam i z powrotem, zastanawiał się, czy powinien przyjąć propozycję wystąpienia w "Simpsonach". Ten problem nie dorasta do pięt zmartwieniom Thomasa Becketa(jak nie wiecie kto to jest, wpiszcie w google), prawda? Kłopot polega na tym, że po czterech milionach lat spędzonych na zamartwianiu się tygrysami szablozębnymi, dżumą, inkwizycją, groźbami wyrwania serca przez Rosjan i fanatyków religijnych i zatrzymaniem przez gestapo, UB, czy MO, dziś nie jesteśmy w stanie przestać się martwić, mimo, że właściwie wszystko jest w porządku. Obecnie martwimy się łysiejącą czupryną i cellulitem tak samo intenstwnie, jak ludzie w połowie XIV wieku martwili się epidemią Dżumy. Na przykład dzisiaj jest piękny dzień, świeci słońce,niebo jest prawie bezchmurne, ja jestem już prawie zdrowy, reszta rodziny jest zdrowa i otrzymałem nagły przypływ gotówki. Mimo to siedzię i martwię się ilością śmieci krążących w przestrzeni kosmicznej i tym czy to globalne ocieplenie jest rzeczywiście takie globalne? Jakiś czas temu francuska rakieda uległa zniszczeniu wlatując w nadgryzionego hamburgera pozostawionego tam przez jakiegoś koleżkę Neila Armstronga, a może to był płat farby? Podobno wokół ziemi krąży ponad 100 000 rupieci i, jak twierdzą eksperci, wkrotce ktoś zginie, gdy jego statek kosmiczny zderzy się z kluczem pozostawionym tam w 1969 roku przez jakiegoś niezdarnego rosjanina. Martwię się, że moja siostra nawącha się za dużo terpentyny, że Nigella Lawson zamieni się w faceta(znowu jak nie wiecie odsyłam do google) i że nawet te ilości Coca- Coli którę spożywam przyprawią mnie o raka zębów. A przecież i tak nie czytam "Faktu". "Fakt" dostrzega zagrożenie we wszystkim( zupełnie jak inspektorzy BHP). Uśmiercą cię płatki kukurydziane, chyba że imigrant z Albanii, albo jakiś UFOk dorwie cię pierwszy. Hodowlany łosoś sprawi, że twoim dzieciom zgniją oczy, genetycznie modyfikowane pomidory napadną na twój ogród i pożrą twoje zwierzątka domowe, i niech niebiosa mają w opiece tych, którzy nie dbają o higienę jamy ustnej. Ponieważ wkrótce wyrosną im z dziąseł śmiercionośne grzyby. Z chęcią oskarżyłbym media, że to one spowodowały, iż nasze geny zmartwienia splątały się w nierozwiązywalny węzeł,ale obawiam się, że prawdziwym winowajcą jest każdy, kto przekroczył 40 lat. Mój ojciec brnie przez wiek średni z przekonaniem, że idealny świat w którym żyli(powiedzmy lata 70) jest im zabierany i niszczony. To smutne, ale starsi ludzie zawsze uważają, że życie było lepsze gdy byli młodsi. Słuchając opowieści mojej babki o jej młodości czyję się jakbym trafił w sam środek wydarzeń z "Ani z Zielonego Wzgórza" czy czegoś w tym stylu. Rzecz w tym, że jej matka( a moja prababcia) roztoczyłabyrównie sielską wizję swojego dzieciństwa i tak dalej. Tymczasem pod dokładnie każdym względem(może oprócz zanieczyszczenia), życie w tej właśnie sekundzie jest lepsze i wygodniejsze, niż kiedykolwiek wcześniej w historii ludzkości. Słyszymy, że poziom rozrywki spada na łeb na szyję, ale nawet Big Brother jest lepszy od przypatrywania się, jak dziadek bierze kąpiel w blaszanej wannie. Być może moją prabababcię bawiły harce w słońcu na stogu z sianem(mnie to również bawi) rodem z "Dzieci z Bullerbyn", ale kiedy bolał ząb, musiała iść do miejscowego kowala, który walił w niego młotkiem. Kiedy mąż znajomej stracił pracę, jego rodzina głodowała, a kiedy przyjaciółka miała przodujące łożysko, zmarła. Ale wtedy nie trzeba było się martwić egzaminami wstępnymi córki, ani tym, że ma za krótką spódniczkę, bo istniało ogromne prawdopodobieństwo, że zmarła mając cztery latka. A nawet jeśli udałoby się jej dożyć kilkunastu lat, nie wpuszczonoby jej do szkoły, ani do lokalu wyborczego. Patrzę dziś na ludzi występujących w "Rozmowach w toku" i słucham jak szczebioczą o katuszach swojego życia uczuciowego. Czasem nie mogę się powstrzymać, by nie powiedzieć: "Owszem, na pewno nie było ci przyjemnie po powrocie do domu zastać syna w damskiej bieliźnie, ale wcale nie tak dawno temu mogłeś wrócić do domu i znaleźć go w paszczy tygrysa szablozębnego". Poza tym, dysponujemy dziś całą armią doradcow od walki ze stresem, którzy zawsze są pod ręką by rozprasować nasze emocjonalne wgniecenia pozostałęm po jakimś mało znaczącym incydencie w pracy/szkole. Wciskają nam, że życie w XXI wieku jest bardziej skomplikowane, niż kiedykolwiek wcześniej, ale to nieprawda. Przez to, że jesteśmy zachęcani do roztkliwiana się nad niegroźnymi urazami, kawałkami międzynarodowych stacji kosmicznych spadających nam na głowy i zagrożeniem, jakie niesie ludzkości hodowlany łosoś, płatki kukurydziane oraz to cholerne globalne ocieplenie, będziemy wszyscy zupełnie nieprzygotowani na dzień, w którym na scenę wkroczy Arabia Saudyjska. Wtedy dopiero będziemy mieli prawdziwy powód do zmartwienia.
Gwoli ścisłości: ten wpis nie jest zbytnio felietonem(może trochę, zobaczę) bardziej informacją. A więc. Od wielu miesięcy słyszymy o tym, że 21 grudnia 2012 stanie się coś, co nas wszystkich, mówiąc kolokwialnie, rozdupcy. Jedni mówią, że w Ziemię, za przeproszeniem, pieprznie wielka kometa; inni, że lodowce się stopią i zaleje nas 100 metrowa fala wody(jakoś nie wierzę w to całe globalne ocieplenie, bo na dworze -20); jeszcze inni, że bieguny magnetyczne Ziemi zamienią się miejscami i spali nas wiatr słoneczny. Może kiedyś tak będzie, nie wiem. Ale wiem, że nie stanie się to tak z dnia na dzień(no, może z wyjątkiem komety). Zasłyszałem jednak interesującą(a zarazem najrozsądniejszą) teorię. A mianowicie Majowie Światem nazywali okres, który trwa coś koło 11,5 tysiąca lat i polega na tym że niektóre ciała niebieskie ustawiają się w jednej linii. Według kalendarza Majów to te ciała niebieskie powrócą do pozycji wyjściowej w 2012 r. Dla nich to będzie koniec starego Świata i poczatek nowego, tak jak u nas Sylwester i Nowy Rok, tylko trochę rzadziej. Ale maszyna końca świata ruszyła, powstają coraz to nowe filmy(jak na przykład "2012"), media sypią w nas informacjami o bliskim końcu, ale życie toczy się dalej. Poza tym kalendarze różnią się od siebie jak żarcie babci od tego z McDonaldsa, a ostatni koniec świata miał nastąpić 06. 06. 2006 roku, a wcześniej w roku 2000. Sam przeżyłem pandemię Świńskiej, Ptasiej i Koziej grypy, przeżyłem nawet obejrzenie nowego Indiany Jonesa. 2012? Dawaj!
Witam ponownie, po dłuższej przerwie. Dzisiaj pewnie narażę się wielu ludziom, ale muszę to powiedzieć. A mianowicie: po co robić taki show i hałas wokół tego, że zaczyna się nowy rok? Stajemy się o rok starsi(to jeszcze mi nie przeszkadza, ale innym pewnie tak), i w sumie nic się więcej nie zmienia. Ja bardziej się utożsamiam z mieszkańcami Wysp Wielkanocnych. Kiedyś ekipa reporterów pojechała tam, żeby pokazać jak tubylcy świętują koniec roku. Wybiła północ, więc ekipa zaczęła świętowanie na własną rękę(na pewno ktoś filmował tubylców). Ale tubylcy(i to właśnie mi się najbardziej podobało) stoją sobie, drapią po głowach i pytają się: "Co wy tak właściwie robicie?", ktoś z ekipy mówi że "przecież zaczął się Nowy Rok, świętujemy.", "A co to jest Nowy Rok?". Wiele osób widzi to jako kolejną okazję, żeby się schlać, a potem wylądować w rowie nawalony jak bombowiec. Ja sam siadłem, włączyłęm telewizor. Ktoś skakał po scenie, jakby mu się za przeproszeniem dupa paliła, a na innym tańczyły sobowtóry Michaela Jacksona. Wyłączyłem telewizor, poczekałem do 12, nie zmieniło się nic, oprócz tego, że psy zaczęły szczekać na fajerwerki. Poszedłem spać.
Wszyscy znamy uzależnienia od alkoholu, papierosów i narkotyków. Wraz z postępem cywilizacji pojawiają się nowe. Najpierw lekomania, potem od wysyłania smsów, rozmów telefonicznych, żucia gumy, pogrzebów(bez komentarza), opalania, czytania etykiet(Ja sam jestem od tego uzależniony, ale tylko jak do kibla nie wziąłem gazety. Wtedy etykieta od domestosa jest niezbędna.), od komputera i gier komputerowych, czy od całowania wołków zbożowych. Ostatnio usłyszałem, że jest uzależnienie od jedzenia lodu(to nie jest literówka, mi naprawdę chodzi o lód). Teoretycznie uzależnić się można praktycznie od wszystkiego. Dzisiaj może skupię się na coraz bardziej powszechnych uzależnieniach od komputera, gier komputerowych i internetu. Widzę(nawet wśród znajomych) ludzi uzależnionych od komputera. Siedzą przed monitorem całymi dniami, opychają się chipsami i colą, nie mają życia towarzyskiego(pewnie kierują się złotą zasadą wyznawców Tibii "Tibia- No Life"). Są grubi i nie mają życia... Zaraz zaraz co ja plotę? Oni maja "życie". Takie wirtualne, w którym są pikselkiem o nazwie mastersork czy cuś, a do realnego powracają tylko na sen. Ktoś się tłumaczył, że na tym można nieźle zarobić. Ja tam nie wiem, ale jednego jestem pewien. Chciałbym zarobić pieniądze, ale nie takim kosztem. Już wolałbym pracować w kamieniołomach i potem pójść ze znajomymi na miasto, niż siedzieć do 3 nad ranem i spierać się z jakimś gościem, że nie jestem botem. Zaraz mnie zaatakują miłośnicy tibii, czyli antysocjalne grubasy, i będą mnie straszyć że ich "drut ma 200 level i wali z axa" i "chodź zaloguj się na mój serwer to się policzymy", bo na żywo nic mi nie zrobią(już bardziej sobie coś uszkodzą). Teraz się zastanawiam co będą mówić swoim wnukom. Mi dziadek opowiadał jak w młodości pracował w polu, a potem poszedł do wojska. Oni pewnie będą móiwć wnukom, że: "jak ja byłem w waszym wieku to chodziłem z Tylmanosem na Hydry. Z dziesięć ubiłem. A co ja lotnąłem... Przy okazji wbiłem Mlvl, a itemki sellnąłem w depo.". Proszę was... Zaznajcie trochę życia! To wam wszystkim wyjdzie na dobre.
Nie chce mi się spać, więc napiszę kolejny felieton. Dzisiaj media na całym, świecie rozpisują się o tym, że ktos ukradł żelazną tablicę z bramy do obozu Aushwitz-Birkenau o treści "Arbeit Macht Frei", co w wolnym tłumaczeniu oznacza "Praca cię wyzwoli". Od razu pomyślałem sobie: "Co to za debil to zrobił?". No ale nic oglądałem reportaż dalej i dowiedziałem się, że policja szuka po omacku(chyba nie płacili rachunków za prąd i go im wyłączyli), muzeum przeznaczyło 100 tys. zł na nagrodę dla znalazcy. Dowiedziałem się również, że tablicę prawdopodobnie ukradli neonaziści(ci od swastyk wytatuowanych na łysych głowach, nienawidzących wszystkich nieneonazistów), albo była to kradzież na zlecenie, albo złomiarze połakomili się na kawał żelaza. Na początku z listy podejrzanych wykreśliłbym złomiarzy, bo jaki normalny złomiarz przeszedłby z kolegą przez dziurę w murze, przeciął drut kolczasty, wyczekał moment gdy w pobliżu nie będzie strażników, przystawił drabinę, odkręcił śruby i z całym majdanem tą samą drogą. Musiałby być wyjątkowo zdesperowany... W każdym razie normalnie policja siadłaby sobie pijąc kawę i jedząc pączki, ktoś oburzyłby się publicznie, ktoś by go poparł, jeszcze ktoś wyznaczyłby nagrodę i w końcu praworządny obywatel znalazłby tablicę i wskazał sprawców. Ale w sprawę wpakowali swoje łapska politycy. Prezydent się publicznie oburzył(czyli nadal według planu). Ktos powiedział, że dokonali tego dranie i wykolejeńcy, a rząd Izraela powiedział, że ten gest świadczy o wrogości wobec żydów. Oczywiście mówił o sprawcach tego wszystkiego(mam przynajmniej taką nadzieję), ale zaraz ktos to zinterpretuje i powie że to zrobiliśmy my i to cios przeciwko żydom. Któryś z naszych polityków zaatakował Niemców, że to ich wina(nie sprecysował czy chidzi o to jak tablica znalazła się na bramie, czy jak z niej zniknęła). Dajmy temu spokój. Zamiast się nawzajem oskarżać, połączmy siły w szukaniu sprawcy/ów. To naprawdę będzie lepszym rozwiązaniem.
Może ta notka nie jest do końca felietonem, bardziej informacją(do której wprowadziłem trochę swojego humoru), ale na ważny(przynajmniej dla mnie) temat. Miłego czytania.
Wchodzę dzisiaj na pocztę poczytać spam i reklamy, a tu nagle e-mail od znajomego... Co się dzieje z tą pocztą... Ale na poważnie. Mogę się założyc ze co najmniej 50% wiadomości, które otrzymujecie to spam i reklamy. Jeśli jeszcze na Onecie, czy Gmailu jest nieźle, to na Wp jest tragicznie... Ostatnio otrzymuję po 20 reklam typu "Załóż konto w naszym banku, a dostaniesz toster". Albo spam: "Wygrałeś milion złotych!! Jeśli chcesz je odebrać,wyślij smsa o treści milion pod numer 12345 (35zł + vat)". Czasami myślę, że założyłem pocztę tylko po to, aby otrzymywać reklamy... W wakacje nie zaglądałem na konto i po chyba dwóch tygodniach miałem koło 90 nieprzeczytanych wiadomości(reklam). Jak ktoś mieszka w bloku, to pewnie wie jak to jest gdy czekasz na jakiś ważny list, a po wizycie listonosza w skrzynce są tylko ulotki reklamowe. Aha, byłbym zapomniał. Łańcuszki. Chyba najlepsza forma irytowania normalnych ludzi. Niby jaki to ma cel? Twoja mama umrze jak nie wyślesz czegoś do 20 osób? Sprawdzałem. Nie działa. Ale niby kto się spodiewał, że to prawda? Chyba jakiś(za przeproszeniem, nie chcę obrażać idiotów i małp) skończony orangutan- idiota. Ale cóż zrobić, usunąłem reklamy, spam oznaczyłem jako spam, nie wkleiłem łańcuszka, napisałem tego posta i życie toczy się dalej. Mama mi nie umarła, pies mi nie zdechł, nie mam pecha od 5 lat, a sam jeszcze żyję. Podchodźmy do tego wszystkiego z humorem. Nie denerwujmy się. Naprawdę. To szkodzi na wątrobę.